Jak jeść pierogi pałeczkami, czyli o chińskich inwestycjach w Polsce

 Krzysztof Baliński     13-Marz-2014

Temat chińskich inwestycji w Polsce nie przestaje wywoływać gorących emocji. Nie ulega wątpliwości, że polscy przedsiębiorcy mają do nich stosunek mocno zróżnicowany. Jedni otwarcie gardzą "chińszczyzną" jako tandetą, inni naiwnie widzą w chińskim kapitale mannę z nieba, która wybawi ich od wszystkich bieżących problemów. Łączy je jedno: są nierealistyczne. Jakie będą skutki chińskich inwestycji? Warto się nad tym zastanowić, gdyż Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAiZ) negocjuje z z przedstawicielami chińskiego rządu wzrost chińskich inwestycji w Polsce do 200-300 mln rocznie. Jest to znaczne zwielokrotnienie w porównaniu z poprzednimi latami. Dla porównania w 2010 roku chińskie projekty w Polsce warte były 30 mln euro, a rok wcześniej - jedynie 10 mln.

 

Polskim firmom z pewnością nie podoba się myśl o konkurencji zza wielkiego muru. Uchodzi ona za bezwzględną, tanią, a ponadto wspieraną przez państwo, które nie skąpi ulg  i  tanich kredytów. Ostatnio firmie Pinggao Group z prowincji Henan udało się wygrać przetarg na budowę 70 km linii energetycznej w pobliżu Słupska, dzięki temu, że zaoferowała cenę aż o 1/3 niższą, zostawiając na lodzie takie spółki jak Elektrobudowa czy Energoaparatura. Jednakże obecnie PAiZ zależy przede wszystkim na przyciągnięciu stricte prywatnych firm, które podejmują decyzje inwestycyjne znacznie szybciej niż te mocno wspierane przez państwo.

 

 

Atak na wielu frontach

 

Do branży cieszących się największym zainteresowaniem Chińczyków zaliczają się: energetyka, branża samochodowa, maszynowa, spożywcza oraz inwestycje w infrastrukturę. Spektakularna klapa Covecu bynajmniej nie zniechęciła inwestorów z Państwa Środka - w pewnym sensie wiernym leninowskiej zasadzie "krok do tyłu, dwa kroki do przodu". Dla Huty Stalowa Wola Chińczycy okazali się ostatnią deską ratunku. Nikt inny nie chciał kupić zadłużonych zakładów. LiuGong Machinery Ltd. jako jedyny widział perpsektywy rozwoju dla polskiej spółki, a co ważniejsze gotów był wyłożyć 80 mln euro. Chociaż ze względu na kryzys firma musiała skorygować swoje ambitne plany, to jej długofalowe projekty są imponujące: w ciągu 5 lat HSW zamierza aż 10-krotnie zwiększyć produkcję w porównaniu do stanu sprzed zakupu zakładu.

 

Chińczyków interesują również nowe technologie. Przykładem chińskiej spółki technologicznej jest Nuctech, który w podwarszawskiej Kobyłce produkuje wyspecjalizowany sprzęt dla służb celnych. Firma planuje ekspansję i obecnie szuka w Polsce lokalizacji pod większą fabrykę. Również Łódź z nadzieją patrzy w kierunku Państwa Środka. Po tym, jak niedawno zyskała bezpośrednie regularne połączenie transportowe z Chengdu, miejscowi przedsiębiorcy liczą, że miasto stanie się gigantycznym centrum przeładunkowym na skalę europejską. Odkąd pociągi z chińskimi towarem mogą dojeżdżać do miasta w zaledwie 14 dni, miejscowe spółki spedycyjne, takie jak Hatrans, zostały zasypane zagranicznymi ofertami. Chińczycy nie zamierzają się ograniczać do transportu, ich celem jest budowa w pobliżu Łodzi parku przemysłowo-technologicznego.

 

Najlepszym dowodem na to, że Chińczycy poważnie myślą o inwestycjach w Polsce jest obecność Peixin Intrernational Group na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Producent maszyn i linii produkcyjnych do wytwarzania artykułów higienicznych zadebiutował u nas w październiku 2013. Jak na razie Peixin nie zawojował polskiej giełdy. Wartość akcji oscyluje wokół 20 zł, czyli wynosi mniej więcej tyle, co kurs odniesienia - 21 zł. Jednak trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę, że spółka znajduje się dopiero w początkowej fazie planu inwestycyjnego. Pierwsza fabryka, wraz z magazynem i budynkiem produkcyjnym, ma być gotowa do końca 2014 roku. Zatem dopiero w przyszłym roku przekonamy się, na co naprawdę stać Chińczyków.

 

- Mam nadzieję, że krok po kroku uda nam się zbudować zaufanie do naszej spółki. Mamy ambicję być przykładem dla innych chińskich spółek, które zamierzają pozyskać kapitał na giełdzie w Warszawie - oświadczył szef marketingu i sprzedaży Kaida Xie.

 

Z kolei prezez GPW, Adam Maciejewski, zapowiedział, że Chiny zajmują obecnie priorytetowe miejsce w polityce Giełdy.

 

- Bardzo pozytywnie odbieram to, że chińska spółka przeprowadza u nas ofertę. Zapowiadałem, że ten kierunek będziemy mocno eksplorować i jestem pewien, że to nie będzie ostatnia spółka z tego rynku. Kolejne są na horyzoncie - powiedział dziennikarzom.

 

Przejmowanie polskich spółek przez Chińczyków nie wiąże się z agresywną rywalizacją z polskimi przedsiębiorcami. W przeciwieństwie do Japończyków i Koreańczyków Chińczycy nie budują w Polsce fabryk od podstaw, lecz wykupują już istniejące, co jest dla nich znacznie bardziej opłacalne. Inwestują po prostu tam, gdzie widzą ku temu okazję. Często, tak jak w przypadku TriRingGroup Corporation, obecnego właściciela Zakład Łożysk Tocznych w Kraśniku, ratują polskie spółki przed upadkiem i przeciwdziałają masowym redukcjom personelu.

 

Chińskich inwestycji jest dużo więcej, jednak nie wszystkie przebijają się do opinii publicznej. Jak to możliwe? Dobrym przykładem jest przypadek Smithfield Foods. Amerykański koncern, kupiony we wrześniu 2013 przez Shuanghui Group, był właścicielem mnóstwa spółek, w tym polskich marek Krakus, Morliny i Berlinki. Polska żywność cieszy się ogromną popularnością za Wielkim Murem. Ostatnio właścieciel Bakomy Zbigniew Komorowski prowadził rozmowy w sprawie długofalowej współpracy ze spółką Heilongjiang Beidahuang.

 

Oprócz PAiZ chińskimi inwestycjami interesują się również strefy ekonomiczne. W grudniu 2013 Teresa Kamińska, prezes strefy pomorskiej, podpisała 3-letnią umowę z władzami miasta Zhuhai z prowincji Guangdong. Dotyczy ona m. in. Wspierania inwestycji, współpracy instytutów badawczo-rozwojowych i pomocy w nawiązywaniu kontaktów pomiędzy spółkami z obydwu regionów.

 


Polskie Chinatown

 

Czy mamy zatem powody obawiać się, że polskie interesy ucierpią na skutek powiększenia SIĘ chińskich inwestycji nad Wisłą? Przykład Wólki Kosowskiej, najbardziej znanej chińskiej "kolonii" w Polsce pokazuje, że jest wręcz przeciwnie. W Polsce mieszka obecnie około 10 000 Chińczyków, z czego większość właśnie w Wólce Kosowskiej. W tej podwarszawskiej wiosce powstało największe chińskie centrum handlowe w Europie Środkowo-Wschodniej. W towary zaopatrują się tu kupcy nie tylko z naszego kraju, ale również z Białorusi i Ukrainy.

 

Pomimo różnic kulturowych i religijnych, stosunki Chińczyków z Polakami układają się harmonijnie. Na przełomie 2013 i 2014 obywatele Państwa Środka zorganizowali kilka kwest dobroczynnych, z których dochód przekazali Caritasowi oraz katolickiej organizacji charytatywnej Dzieło Księdza Orione. Nie zapominają jednak o własnych korzeniach.

 

- Mieszkamy w Polsce i chcemy stać się Polakami, zintegrować się z polskim społeczeństwem. Ale reprezentujemy tu też naród chiński i jeśli zacieśnimy nasze więzi z Polakami, to przyczyniamy się do zacieśniania przyjaźni obu naszych narodów. Polska nas przygarnęła, żyje się nam tu dobrze, mamy dobrą pracę, więc teraz chcielibyśmy dać coś Polsce od siebie - powiedział w  wywiadzie dla Rzeczpospolitej Yang Hui, jeden z przedsiębiorców z Wólki Kosowskiej, założyciel Stowarzyszenia Młodzieży Chińskiej.

 

Solidarność, rzetelność i wytrwałość to cechy, dzięki którym Chińczycy zaskarbili sobie sympatię Polaków. Są też jedną z odpowiedzi na pytanie o przyczynę sukcesu gospodarczego Chin. Jednak poważną barierą ograniczającą dopływ chińskich inwestycji nad Wisłę jest słaba promocja. W Państwie Środka wciąż niewiele wiadomo o naszym kraju, w tym o naszej gospodarce.

 

- Jesteśmy w Chinach postrzegani jako kraj postsowiecki, który dopiero wprowadza gospodarkę rynkową – powiedział Sławomir Majman, prezes PAiZ w wywiadzie dla Rzeczpospolitej.

 

Poza słabą promocją, głównym czynnikiem zniechęcającym chińskich inwestorów jest mało przyjazna polityka wizowa polskiego rządu. Chińczycy skarżą się na trudności z uzyskaniem prawa stałego pobytu w naszym kraju.Radosław Pyffel, szef Centrum Studiów Azja-Polska, przekonuje, że chińskie inwestycje w naszym kraju mogą paradoksalnie wzbudzić większe zainteresowanie Polską w innych krajach azjatyckich. Nie ulega wątpliwości, że uwaga ze strony ekonomicznego giganta nie przechodzi bez echa ani w Japonii, ani w Korei Południowej. Czyżby zatem Polska miała  stać się kością niezgody pomiędzy azjatyckimi tygrysami? Wkrótce sami się o tym przekonamy. Póki co nie ma wątpliwości, że chińskie inwestycje w naszym kraju są prawdziwym błogosławieństwem dla polskiej gospodarki.