Garść wakacyjnych historii. Oczywiście związanych z tematem bloga

 Marek Kotelski     01 września 2014 15:29

Witam wszystkich moich czytelników po wakacyjnej przerwie. Udało mi się wypocząć, z czego bardzo się cieszę. Poza tym, spędzałem czas także na pracy, niekiedy próbując łączyć  urlop z aktywnością zawodową, co raczej się nie udaje i nikomu tego nie polecam. Albo jedno, albo drugie. Niby oczywiste, ale jak to w życiu bywa, ciągle uświadamiamy sobie te najbardziej banalne prawdy. Tyle tytułem krótkiego wstępu. Przejdźmy zatem do spraw konkretnych, których nazbierało się naprawdę dużo. Co prawda nie mogę się rozpisywać, bo limit znaków narzucony mi przez wydawcę portalu uniemożliwia szerokie zrelacjonowanie wszystkich ciekawostek, o jakich się dowiedziałem. Jednak spróbuję streścić trzy, w mojej ocenie, najważniejsze z nich, ponieważ każda na swój sposób odnosi się do tematyki, którą regularnie poruszam na swoim blogu.

1. Koszty a efektywność

O problemie tym pisałem już wielokrotnie, niestety ciągle powraca on zarówno w pytaniach czytelników, jak i w obserwowanej rzeczywistości. Przede wszystkim nie zawsze wysokie koszty poniesione na promocję internetową i każdą inną mają przełożenie na rezultaty. Po drugie, nie zawsze e-promocja musi oznaczać jedno i to samo. Rozważmy taki przykład. Przez 2 tygodnie byłem (służbowo) w Stanach Zjednoczonych, w Newadzie i Oregonie. W tym kraju promocja miast, hrabstw (county), regionów czy poszczególnych stanów w zasadzie jako taka nie istnieje. Nie ma czegoś takiego, jak u nas, w Europie czy w innych częściach świata, że poszczególne jednostki samorządu terytorialnego - a samorząd ten jest o wiele bardziej "samorządny" niż u nas - mają ustalone budżety na reklamę, np. pod kątem ściągnięcia inwestorów czy turystów. Co do zasady brak również wydziałów czy departamentów promocji miasta. Coś takiego po prostu nie istnieje. Niemniej jednak większość z tych jednostek w jakiś sposób stara się promować i to głównie właśnie w mediach elektronicznych, przede wszystkim w sieci. W jaki sposób? Otóż stany, hrabstwa i poszczególne miasta konkurują ze sobą ustawodawstwem, czy to prosocjalnym czy prorozwojowym (proinwestycyjnym), co ma przełożenie na migrację wewnętrzną i przyciąganie różnych grup społecznych do siebie, czyli osiedlanie się na danym terenie. Informacje na ten temat są rozpowszechniane w lokalnych mediach, ale szerokim echem odbijają się głównie w Internecie, w serwisach społecznościowych. Odbywa się to na ogół w sposób oddolny. Mieszkańcy - sympatycy jakiegoś obszaru (miasta, hrabstwa czy nawet stanu) tworzą rozmaite organizacje, które następnie publikują w sieci informacje w pozytywnym świetle przedstawiające ten obszar. Jeśli sprawa jest naprawdę interesująca, podejmują je ogólnokrajowe gazety czy stacje telewizyjne. Ten system działa doskonale i w taki sposób nawet małe miejscowości potrafią być znane na cały kraj, bez praktycznie żadnego angażowania środków samorządowych na promocje. Efektywność takiej właśnie oddolnej reklamy jest zaskakująca a koszty minimalne, do tego stopnia, że byłem zaskoczony analizując nieco głębiej tę sprawę. Nie trzeba chyba wspominać, że takie organizacje czy w niektórych przypadkach jednostki, są wspierane przez władze lokalne. Przy czym wsparcie nie oznacza tu zazwyczaj środków finansowych a po prostu szacunek i uznanie w społeczności, co miewa jednak niezwykle wymierne efekty...

2. E-promocja nie zawsze się opłaca

Z faktu, że Internet staje się coraz popularniejszym medium reklamowym, nie wynika, że w każdej sytuacji postawienie na reklamę w sieci to dobry pomysł. Nieraz przekaz promocyjny w lokalnej prasie, stacji radiowej, poprzez, bilbordy a nawet ulotki, jest o wiele bardziej skuteczny i przy okazji tańszy (bo wbrew pozorom, nawet reklama na darmowych portalach kosztuje - kosztem są czas i energia poświęcone na jej przygotowanie i publikację). Znowu przykład z życia wzięty. Przez kilka dni gościłem u naszych południowych sąsiadów, na Słowacji. Przed wyjazdem szukałem w Internecie jakiegoś pensjonatu czy hotelu w górskiej miejscowości, do której się wybierałem, gdzie mógłbym się zatrzymać. Znalazłem sporo ofert, ale ceny były wysokie a znaczna większość z nich już zarezerwowana. Przypominając więc sobie czasy studenckie, pojechałem w ciemno, bez konkretnego miejsca noclegowego. To była dobra decyzja. Dotarłem przed południem i na miejscu od razu okazało się, że jest mnóstwo ofert z sezonowymi kwaterami prywatnymi, tańszych niż te oferowane w sieci i nierzadko lepiej zlokalizowanych. Na dworcu kolejowym wielokrotnie mnie pytano, czy nie potrzebuję pokoju. Po krótkim zbadaniu sytuacji i targach co do ceny, udało mi się znaleźć naprawdę atrakcyjne warunki w kilku lokalizacjach. Jednak tym, co mnie przekonało do wyboru konkretnej, była ulotka, jaką dostałem od nastoletniego chłopaka kręcącego się w pobliżu. Na ulotce była prosta mapa miasta, zaznaczone miejsce pobytu, cena za nocleg i numer telefonu. Zadzwoniłem z pytaniem po angielsku czy są miejsca. Osoba, która odebrała nie znała angielskiego, ale dogadaliśmy się po polsku. Gdy dotarłem na miejsce, ze zdziwieniem zapytałem gospodarza, u którego ostatecznie zamieszkałem, dlaczego nie wstawił swojej oferty do sieci, nie zareklamował jej. Powiedział mi, że od dawna prawie wszyscy jego klienci to cudzoziemcy, nie znający oczywiście słowackiego, on nie zna angielskiego, szkoda mu pieniędzy na organizowanie jakiegoś porządnego ogłoszenia w Internecie. O wiele lepiej sprawdza się za to dogadanie z osobami, które na dworcu kolejowym, autobusowym oraz na głównym deptaku miejskim, oferują nocleg takim turystom, jak ja, jak i zapłacenie za rozdawanie ulotek. Ci "naganiacze" mają procent od każdego klienta, który zdecyduje się skorzystać z danej oferty. Ponadto, mój gospodarz reklamuje swoje usługi (poza pokojami prowadzi również stadninę koni) w prasie ogólnokrajowej, tylko na potrzeby Słowaków. I ta promocja przynosi mu o wiele lepsze rezultaty niż reklama internetowa, którą kilka razy również zamawiał. Warto zdawać sobie sprawę, że takich sytuacji, jak ta opisana nie brakuje w różnych branżach i na spokojnie zastanowić się, czy e-promocja, szczególnie ta kosztowna, jest nam zawsze potrzebna.

3. Kiedy lepiej unikać Internetu?

I mam tu na myśli całkiem legalne biznesy. Wydaje się to paradoksem, bo przecież im więcej o naszych produktach / usługach w sieci, tym więcej potencjalnych klientów. Okazuje się, że zdarzają się sytuację, w których to nie musi tak działać.

  • Po pierwsze, gdy zależy nam na stworzeniu wrażenia ekskluzywności i tajemniczości: nasz produkt / usługa jest na tyle wartościowa i wyjątkowa, że nawet nie jest promowana w sieci, a jeszcze lepiej, gdy nikt o niej w Internecie nie pisze, czy wręcz nie wie. Wówczas klienci, najczęściej pozyskani z polecenia, mają poczucie, że są tymi wybranymi, w efekcie czego są gotowi zapłacić więcej. Warunkiem efektywności takiego modelu sprzedaży, jest oczywiście renoma i rozpoznawalność w określonych kręgach oraz skutecznie funkcjonująca poczta pantoflowa. Z takim właśnie przypadkiem spotkałem się w Sopocie pod koniec lipca. Jak wiadomo, to miasto to letnia imprezowa stolica Polski. Funkcjonuje tam mnóstwo klubów. Wszystkie aktywnie promują się w Internecie. Poza jednym, o którym powiedział mi znajomy, dyrektor dużej firmy. Klub nie ma swojej strony internetowej, nie ogłasza się nigdzie, stawiając tylko na poleconą klientelę. Miałem okazję zamienić kilka słów z jego kierownikiem. Jak otwarcie przyznał, ta strategia się sprawdza. Snobizm klientów bywa błogosławieństwem dla takich miejsc. Nie chcą przypadkowych gości, tym bardziej nie pasujących do profilu lokalu, dlatego próżno szukać o nim informacji w cyberprzestrzeni.

  • Po drugie, gdy... mamy za dużo potencjalnych zainteresowanych. Znowu: to nie jest paradoks. Czasami więcej klientów nie oznacza większego zysku, czasami oznacza to stratę (nawet jeśli rozumianą subiektywnie). Sytuacja taka zachodzi, gdy mamy ograniczone "moce przerobowe" i ze względu na specyfikę produktu / usługi nie jesteśmy w stanie rozwinąć biznesu. Z dokładnie taką sytuacją zetknąłem się w Lizbonie pod koniec sierpnia. Byłem tam tylko 3 dni, również służbowo. Tutaj mała dygresja: od wczesnej młodości mam pewne problemy z kręgosłupem. Zazwyczaj udaje mi się je rozwiązać samemu dzięki regularnemu chodzeniu na basen i na zajęcia jogi, ale gdy jestem w dłuższych rozjazdach, wówczas tę aktywność fizyczną muszę zawiesić. I właśnie w stolicy Portugalii, po prawie 2 miesiącach braku ćwiczeń, złapał mnie mocny ból pleców i nóg, spowodowany uciskiem rozmaitych mięśni na nerwy. Było to dość uciążliwe i wspomniałem o tym miejscowemu pracodawcy - managerowi w poważnej agencji reklamowej. Ten wykonał jeden telefon (nic nie rozumiałem, nie znam portugalskiego) i powiedział mi, że jestem umówiony na wieczór na masaż rehabilitacyjny. Poszedłem o umówionej godzinie pod wskazane miejsce, gdzie mieścił się malutki gabinet masażu obsługiwany przez profesjonalnego fizjoterapeutę i rehabilitanta. Po dwóch godzinach wyszedłem jak nowonarodzony, masaż był zrobiony wybitnie profesjonalnie, a ja akurat mam tu spore doświadczenie - w takich zabiegach uczestniczyłem wielokrotnie, na całym świecie. Masażysta mówił dobrze po angielsku, więc porozmawialiśmy trochę. Jak się okazało, on ma klientów wyłącznie z polecenia i to nie wszystkim z nich może zaoferować dogodne terminy (mnie przyjął na wyraźne życzenie polecającego, poniekąd była to sytuacja wyjątkowa). Nie reklamuje się on absolutnie nigdzie, tym bardziej w sieci, bo po prostu nie byłby w stanie obsłużyć wszystkich chętnych, pomimo relatywnie wysokich cen (80 euro / godzina). Mimo to, jest tak znany, że nie potrzebuje dodatkowej promocji. W opisywanym wypadku lepiej dosłownie unikać Internetu, ponieważ nagłe zainteresowanie nieco bardziej masowej klienteli nie miałoby żadnego znaczenia z punktu widzenia profitów usługodawcy, przeciwnie, mogłoby przeszkadzać (np. konieczność częstego odbierania telefonów i przekazywania informacji, że wolnych terminów brak).

O tych trzech kwestiach bardzo chciałem napisać po moim powrocie z wakacyjnych i pseudo-wakacyjnych wojaży. Naturalnie nie są to jedyne ciekawostki, z jakimi się zetknąłem, jakie przywiozłem w bagażu wspomnień i doświadczeń. Może przy innych okazjach jeszcze do nich powrócę i opowiem o innych interesujących wydarzeniach. Na razie zamierzam skupić się jednak znowu na tematach wybitnie praktycznych, już od następnego wpisu.

 Komentarze

 Sylwia Zadrożny     06 września 2014 14:04

Wiele razy rezerwowałam sobie kwatery w górach przez Internet i wiem dobrze, że jakość wyposażenia i usługo tam przedstawionych znacznie odbiega od rzeczywistości. Często zdjęcia pokojów są robione z takiej perspektywy, aby wyglądały na większe. Nie mówiąc już o częstości ( a raczej rzadkości) sprzątania, która również odbija się na ogólnym wrażeniu. To skłoniło mnie do proszenia znajomych na Facebooku o polecanie mi porządnych kwater za każdym razie, jak się gdzieś wybieram.

 Wiśnia     06 września 2014 13:59

Świetny post, szczególnie ten podpunkt, kiedy unikać Internetu ;) Dla mnie to coś kompletnie nowego, bo teraz wszyscy mają po kilka kont na portalach społecznościowych, a wszędzie wychwala się pod niebiosa taką promocję. To jest jeden z powodów, dla którego warto starać się o rozwijanie swojej sieci networkingowej.

 Patrycja Strzemieniecka     06 września 2014 13:54

W biznesie na małą skalę na pewno promocja nie jest kwestią kluczową. Ale trzeba też pamiętać, kim są nasi odbiorcy. Jeśli są to nastolatki, które praktycznie wszystkiego szukają w Internecie, to promocja w sieci jest niezbędna.

 Łukasz G     06 września 2014 13:51

Olga, każdy socjalista rzuciłby teraz w Ciebie bombą ;) Panie Marku, reklama w Internecie wcale nie musi być droga. Wiele portali takich jak TripAdvisor i Gastronauci.pl pozwala dodawać za darmo swoją działalność gospodarczą do baz. Historia Słowaka, którą pan przytacza, to właściwie przykład na to, jak można sobie radzić bez znajomości Internetu w biznesie. Ale i ten człowiek zarobiłby dużo więcej, gdyby poprosił któregoś ze swoich znających angielski siostrzeńców/wnuków o pomoc. Tym bardziej, że jak sam Pan wspomniał, różnica w cenie pomiedzy jego ofertą, a ofertami z Internetu była tak duża. Wniosek: know-how większa gwarancja udanej promocji niż kasa.

 Olga Michalczyk     06 września 2014 13:42

Ciekawa uwaga o tym, jak promocja działa w USA. Przydałaby się u nas w Polsce kampania promocyjna zachęcająca mieszkańców gmin do promocji własnych jednostek administracyjnych. Mogłyby na to pójść fundusze unijne, jak na razie za dużo jest bezmyślnych dotacji, które ludzie po prostu przejadają, a za mało akcji edukacyjnych, które uświadomiłyby ludziom, jak sami mogą poprawić swój los.

 Robert Pluciński     06 września 2014 13:37

Mam uwagę natury formalnej. Tytuł Garść wakacyjnych historii w znacznej mierze utrudnia czytelnikom zrozumienie, o czym jest sam post. Np. 5 sposób, dzięi którym zredukujesz koszty e-promocji (pieniężne i moralne)


 Dodaj Komentarz

Zaloguj się by móc dodawać komentarze